Home » Moje menu » Post bez cukru

Post bez cukru

Zanim rozpoczął się Wielki Post zainspirowała mnie Beata Pawlikowska do tego, by post posłużył mi jako sprawdzenie siły swojego charakteru. Zawsze uważałam, że pościć jest bez sensu – ot tak, bez większych przemyśleń na ten temat. Jednak ten sposób myślenia do mnie dotarł. Bo w sumie to nie chodzi przecież o to, żeby czegoś nie jeść. Chodzi o to, by umieć siebie zmotywować i powalczyć o osiągnięcie celu. I tak wpadłam na pomysł, aby w tym roku po raz pierwszy podjąć 40 dniowe wyzwanie :) Pomysł był prosty – zero cukru! Bo ostatnio piekłam jak szalona, a cukier w domu znikał jak nigdy dotąd, gdyż idąc na łatwiznę sypałam cukier do moich wypieków ..

No i ostatnie obżarstwo cukrowe miało miejsce przez kilka dni od niedzieli do wtorku włącznie tuż przed środą popielcową. Wyjadłyśmy z moją mamą co do okruszka wszystkie ciasta jakie zostały po niedzielnej uroczystości i tak o to do dzisiaj żyję sobie bez grama cukru. Baa ..poprzeczka poszła w górę, ponieważ wyzwanie dotyczy również wszelkiego rodzaju syropów i miodu! Oczywiście słodyczy przemysłowych nie jem od 150 lat ( no dobra od czerwca 😛 ) więc to dla mnie nie stanowi najmniejszego problemu. Soków i tym podobnych słodkości również nie piję, więc uwielbiana przeze mnie wieki temu coca cola też poszła w niepamięć. Lody ponieważ jest zimno nie kuszą, ale zdarza mi się zgrzeszyć czasami, choć tak jak mówię aktualna pogoda nie zachęca do szukania tego typu smakołyków, więc problem znika. Ale jest coś co jednak kusi…aj kusi :) A co?? BEEEEEEEEZAA!!!! Jeszcze właśnie tuż przed postanowieniem odkryłam fenomenalną bezę u Sweet & Dry Locally Homemade. No żesz … mało tego, jestem co sobota na Bio Bazarze i patrze na te cudeńka i walczę :) Nikt mnie mnie skusi i nic mnie nie pokona, bo jestem mega silna i charakter mam nie tęgi. Nie poddam się, nie dam się namówić. Oczywiście za uszami ciągle mi te trole trują: dobra dzisiaj zjedz, nic się nie stanie, miałaś zły dzień, należy ci się, zjedz… Spaliłaś tyle kalorii jak zjesz jedną to nic ci nie będzie, zjedz, nikt się nie dowie… Ale daję im pstryczka w nos, bo nie chodzi o to, że nikt się nie dowie. Bo ja tego nie robię na pokaz dla kogoś, ja ćwiczę swój charakter! To dla siebie robię i sama chcę mieć satysfakcję, że się nie poddałam :) nie uległam :)

Na drugą moją słabą stronę znalazłam sposób 😉 Nie jest on idealny, ale zawsze coś. Mianowicie – nie lubię gorzkiej kawy, a piję ją z mlekiem. No i co … przez pierwszy tydzień byłam również na detoksie kawowym ( od której nie jestem uzależniona jak widać, mogę bez niej żyć), ale jest ciekawy sposób 😉 Potrzeba matką wynalazcy 😛 Podgrzewam mleko w garnku z 1 daktylem a następnie miksuję to na gładko i mam słodkie mleko z dopuszczalnym składnikiem czyli suszonym owocem :) Tadam! Nawet mój mąż polubił jej smak i podkrada mi moje mleczko :) Najlepiej sprawdza się mleko migdałowe, a jeszcze lepiej migdałowo-orzechowe! Zostały jeszcze 4 tygodnie. Czy jest ciężko? Nie. Czy jest lekko? Też nie. Jest ciekawie. Piec – piekę :) Na razie same muffiny z przepisu Mama alergika gotuje  :) a w soboty ratuje mnie również szarlotka Kasi na Bio Bazarze w Kolebce Natury :) Ostatnio też poszłam z moim mlekiem i napiłam się kawy 😉 Bo ciężko gdziekolwiek dostać kawę słodzoną daktylami 😉 Ja taka mała wariatka postanowiłam tego dokonać.

Poza tym jem głownie jabłka, gruszki i suszone morele. Tyle z moich słodyczy. Napadów dzikich na cukier nie mam. Mam nadzieję, że to wyzwanie zakorzeni u mnie omijanie cukru (mówimy o cukrze trzcinowym i ksylitolu – innych od dawna nie stosujemy) na zawsze :)

Z małymi wyjątkami na bezy …<3

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

*